19.07.20223 min

Maciej OlanickiRedakcja Bulldogjob

Szef Apple drży o przyszłość programowania [OPINIA]

Hiring freeze, rewizja priorytetów, ewaluacja inwestycji – jak zwał, tak zwał. Nastroje w Dolinie Krzemowej są na tyle nietęgie, że sięga się po wielkie słowa i idee.

Szef Apple drży o przyszłość programowania [OPINIA]

W ciągu ostatnich tygodni regularnie donosimy o zmianach zachodzących w Dolinie Krzemowej. Z dnia na dzień perspektywy zdają się jednak rysować coraz bardziej pesymistycznie. W ostatnim czasie swoje obawy co do przyszłości kolportował CEO korporacji Alphabet, nie kryjąc przy tym, że oczekuje od pracowników jeszcze większego zaangażowania i jeszcze cięższej pracy, niż dotychczas, co jednak części z nich i tak najpewniej nie uchroni przed zwolnieniem.


„Za drugim jako farsa”

Jak na jedną z najwyżej wycenianych spółek w historii amerykańskiej giełdy Alphabet jako korporacja zdaje się być wyjątkowo mało odporna na to, co rzeczony Sundar Pichai nazywa jak rasowy awiator „przeciwnymi wiatrami gospodarczymi”. Ktoś mógłby się spodziewać, że tak potężna organizacja będzie odpowiednio zabezpieczona przez wieloletnie rozsądne lokowanie zasobów przed niepewną sytuacją ekonomiczną. 

Mógłby, gdyby urodził się wczoraj. W praktyce mamy bowiem do czynienia z okolicznościami, do jakich przyzwyczaiły nas korporacje IT późnego kapitalizmu – odpowiedzialność społeczna biznesu w praktyce nie istnieje, a wszelkie negatywne skutki zachodzących zmian w pierwszej kolejności i najboleśniej dotykają pracowników najniższego szczebla. Po roku 2008 nie została odrobiona żadna lekcja. Nie zostanie też odrobiona po roku 2022.


Tima Cooka troska o programowanie

Do grona zaniepokojonych o portfele akcji giełdowych dołączył Tim Cook, który już od dziewięciu lat piastuje stanowisko dyrektora wykonawczego Apple. On jednak nie ogłosił wszem wobec zmiany kursu, rezygnacji z części planów i ich zamrożenia czy też ograniczenia procesów rekrutacyjnych (choć te de facto mają już w Apple miejsce), lecz skupił się w swoich tweetach na filantropii i... trosce o przyszłość programowania.


Tim Cook zorientował się bowiem, że jeśli sprawy będą przebiegać tak, jak przebiegają, to w niedalekiej przyszłości nie będzie miał kto dla niego pracować. Zapotrzebowanie na programistów ma bowiem rosnąć w takim tempie, że w perspektywie kilku lat będzie demograficznie nie do zaspokojenia. Dlatego też Cook zwrócił się do administracji zarówno stanowych, jak i federalnej o uczynienie nauki programowania dostępnej dla każdego ucznia.

Jak szczodrze. Oczywiście zachodzi tu znany już w XX wieku mechanizm, w którym na państwo i podatnika przesuwa się koszty wykwalifikowania pracowników. Dokładnie takie same procesy zachodziły w USA po wojnie, kiedy wielki biznes fundował budowę szkół, upewniając się przy tym, że kosztem innych będą tam kształcone umiejętności pożądane w ich fabrykach. Nastąpiło wówczas ciekawe odwrócenie tradycji, w której mistrz kształcił ucznia i tak przekazywano rzemiosło.


Wszystkie ręce na pokład

Według Cooka programowanie ma być jedną z najbardziej wartościowych umiejętności, jaką może nabyć człowiek. Przypomina to słowa otoczonego dziś w Dolinie Krzemowej boskim kultem Steve’a Jobsa, który twierdził, że każdy w USA powinien nauczyć się programowania, bo ono uczy myślenia. Niewątpliwie, co jednak nie skłoniło samego Jobsa do tego, by nauczyć się programowania. Według Steve’a Woźniaka Jobs nigdy nie podjął nawet takiej próby.

Trzeba oddać, że w zakresie programowania z Cookiem jest lepiej. Jako student inżynierii produkcyjnej w 1983 roku miał napisać na potrzeby swojego licencjatu tak udany algorytm optymalizacji sygnalizacji świetlnej, że ten miał zostać wdrożony na ulicach Auburn w Alabamie. Źródłem tych rewelacji jest oczywiście sam Cook, który podzielił się nimi w wywiadzie z The Sun. A jednak podobnie jak Jobs wybrał inną, jakże intratną ścieżkę menedżera. Dlaczego?

Postawmy sprawę jasno, „przyszłości programowania” raczej nic nie zagraża. Przedsięwzięcia rozwiązujące wieloletnie ograniczenia techniczne, nowe języki programowania, Rusty, Wasmy, demokratyzacja dostępu do SI, gigantyczne zasoby chmurowe na skinienie, coraz większa inkluzywność – wszystko to powinno raczej napawać optymizmem, a nie troską o brak innowacji, w których Apple rzekomo niepodzielnie dzierży prym. Co innego, jeśli pomyśli się o dostępie do pracowników.

Tim Cook nie boi się o przyszłość programowania. Boi się o brak rąk do pracy w swojej korporacji.

<p>Loading...</p>