2.11.20223 min

Maciej OlanickiRedakcja Bulldogjob

Twitter w rękach Muska: totalny chaos i 12-godzinny system pracy

W siedzibie Twittera zapanował chaos, część pracowników ma sypiać w biurach, a sytuacja niepokoi udziałowców i reklamodawców. Bo użytkownicy są tu wyłącznie produktem.

Twitter w rękach Muska: totalny chaos i 12-godzinny system pracy

Nie słabną echa przejęcia Twittera przez Elona Muska, zwłaszcza że z dnia na dzień wiemy coraz więcej o kulisach, jak i pierwszych decyzjach nowego właściciela. W dużej mierze postępuje on zgodnie z oczekiwaniami – konsekwencje przymusowego charakter wykupu (gdyby Musk się na to nie zdecydował, czekałyby go konsekwencje prawne) jaskrawo widać w decyzyjnym chaosie, jaki zapanował po zapowiedziach Muska. Opinię na temat jego rzekomego geniuszu i wizjonerstwa publikowałem już w dniu ogłoszenia nowin.


Niebezpieczna przystań

Co nie powinno dziwić, głównym powodem chaosu jest sam Musk. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami wycofał on spółkę z giełdy NYSE, tak aby jego decyzje nie wpływały na kursy. Twtitter jest więc już spółką prywatną i nawet tweety Muska, mające uspokajać nastroje wśród udziałowców, nie przynoszą rezultatów. 


Jak bowiem zauważono w jednym z podcastów redakcji „The Verge”, kluczowym wymogiem ze strony reklamodawców, którzy odpowiadają za 90% przychodów spółki, jest dostępność safe harbor, bezpiecznej przystani, czyli dostarczeniem im takiego miejsca, w któym wyświetlanie reklam nie będzie narażało żadnej marki na szwank. Cała działalność Muska w Sieci to z kolei antyteza bezpiecznej przystani, bo nikt nie wie, czy zaraz znów nie zacznie wyzywać ludzi od pedofili. Reklamodawcy zwyczajnie nie mają zaufania do Muska i trudno im się dziwić. 

Na nastroje wśród udziałowców i reklamodawców – bo użytkownicy Twittera są zaledwie produktem – negatywnie wpływają także okoliczności, w jakich Musk przejął Twittera, a mianowicie rozciągnięta na tygodnie kampania, w której szef Tesli to wycofywał się, to znów inicjował proces przejęcia. 

Skończyło się na tym, że ogłoszone w piątek przejęcie było ostatnim dniem, w jaki Musk mógł przejąć Twittera bez narażania się na konsekwencje prawne. Jeden z największych serwisów społecznościowych, mająca stanowić bezpieczną zatokę, stał się gorącym kartoflem, przerzucanym z rąk do rąk.


Zwolnienia, praca na 12-godzinncyh zmianach i pracownicy Tesli w Twitterze

Wiemy już także, że z pracą w Twitterze pożegnał się z woli Muska kilkudziesięcioosobowy zespół zajmujący dotąd stanowiska kierownicze, zaś stanowisko CEO objął sam zainteresowany i wygląda na to, że przynajmniej w początkowym okresie zamierza kierować korporacją twardą ręką, chcąc osiągnąć jak najszybciej krótkofalowe cele.

Według „The Washington Post” miał już także zostać uruchomiony sztab prawników, którzy mają zwolnić nawet 25% zatrudnionych przez firmę. A to i tak trzykrotnie mniej, niż Musk zapowiadał jeszcze pod koniec października – wówczas  zapowiedział, że jeśli w ogóle przejmie Twittera, to zwolni 75% wszystkich pracowników.

Jak nietrudno się domyślić, polityka wprowadzania gwałtownych zmian w krótkim czasie przy jednoczesnych redukcjach personelu to połączenie, które, delikatnie mówiąc, znacząco intensyfikuje prace nad oprogramowaniem. Dochodzi do sytuacji kuriozalnych – według ustaleń Business Insidera część personelu pracuje w 12-godzinnych zmianach przez 7 dni w tygodniu, a niektórzy managerowie zaczęli sypiać w biurach. Bluecollaryzacja pracowników IT to już zatem nie hipoteza czy prognoza, to bieżący stan rzeczy w Dolinie Krzemowej pod rządami ludzi pokroju Elona Muska.

W pewnej desperacji zdecydował on nawet, aby część specjalistów pracujących dotąd nad oprogramowaniem samochodów Tesla, skierować do Twittera, by tam odpowiadali między innymi za code review. Efekty? Jak dotąd główną innowacją, jaką opracowano – choć trzeba przyznać, że czasu było niewiele – jest zapowiedź nowej „funkcji” Twittera w postaci konieczności płacenia za znaczek zweryfikowanego konta najpierw 20, a po sprzeciwie użytkowników finalnie 8 dolarów.


Widać zatem, jakie są priorytety i być może sam Musk zdaje sobie sprawę, że przychody z reklam będą maleć, a on sam będzie musiał poszukiwać innych sposobów na monetyzację ruchu generowanego przez użytkowników Twittera. Potwierdza to wymiana ćwierków ze Stephenem Kingiem. Musk twierdzi w niej, że Twitter nie będzie mógł jak dotychczas opierać się wyłącznie na przychodach z reklam. Trudno stwierdzić, aby za taki obrót sprawy odpowiadał ktoś inny, niż sam Musk.

<p>Loading...</p>