1.09.20223 min

Maciej OlanickiRedakcja Bulldogjob

Intel znów zapowiada rewolucję, tym razem w 2030 r.

Niebiescy od lat znajdują się w nie najlepszej kondycji. Mimo to nie rezygnują z ambitnych planów i szumnych obietnic. Do ich listy można już dopisać kolejną.

Intel znów zapowiada rewolucję, tym razem w 2030 r.

W pierwszej kolejności należy ustalić ważny fakt – w czerwcu po raz pierwszy od dekad Intel ogłosił, że zakończy kwartał fiskalny ze stratą. W drugim kwartale fiskalnym 2022 roku Niebiescy zarobili 15,3 mld dolarów, co stanowi 500 mln dolarów straty, a tym samym 17-procentowy spadek rok do roku.


Niebiescy na czerwono

Dla korporacji, która przez dekady stanowiła filar (o ile nie fundament) światowych dostaw procesorów, są to wieści fatalne. Niezwykle rzadko słyszy się, aby korporacja big tech z Doliny Krzemowej, znajdując się nawet w najgorszej kondycji, odnotowywała straty. Nad odpowiednimi kreatywnymi przedsięwzięciami pracują przecież sztaby księgowych, tak aby raporty trafiające do udziałowców były jak najbardziej optymistyczne. Mimo to Intel nie zdołał wykazać zysku czy choćby bilansu zerowego.

Słowem – katastrofa. Więcej na ten temat pisałem w osobnym artykule „Innowacje w procesorach jak ucieczka do przodu” w czerwcu. Wówczas inspiracją była informacja, że Intele z rodziny Raport Lake będą mogły być taktowane nawet do 6 GHz, co jako żywo przypominało ciemne wieki Pentium IV, ale jeszcze bardziej podśmiechujki, jakie robiono sobie swojego czasu z AMD – słynne „wincyj rdzeniuf”. Dziś o Intelu można powiedzieć to samo, tyle że zamiast rdzeni, mamy herce.

Szoł musi jednak trwać i kierownictwo Intela nie może się biernie przyglądać, jak korporacja, która odegrała w historii całego IT gigantyczną, krytyczną wręcz rolę, chyli się ku upadkowi. Zwłaszcza że jest to kierownictwo stosunkowo świeże – Pat Gelsinger objął fotel CEO raptem w lutym 2021 roku, po tym jak – nazywajmy rzeczy po imieniu – zdymisjonowany został Bob Swan. Rynki powitały tę decyzję entuzjastycznie – wartość akcji Intela wzrosła o 7%.


Ucieczka do przodu i bilion tranzystorów

Gelsinger na razie wiele obiecuje. W zasadzie to głównie obiecuje. Ale też trzeba oddać, że na efekty zmian w takim molochu jak Intel trzeba czekać dłużej niż kilkadziesiąt tygodni. Polityka przedsiębiorstwa skupia się więc – jak to zresztą było także za kadencji Swana – głównie na zapowiedziach. Także tych dalekosiężnych i bardzo ambitnych – Gelsinger ogłosił, że do 2030 roku Intel wyprodukuje procesor, na którym zmieści się bilion tranzystorów.

Dla porównania, jeden z najbardziej wydajnych w tej chwili układów, Apple M1 Ultra, składa się ze 114 mld tranzystorów. Oczywiście dochodzą tutaj takie kwestie, jak architektura (M1 to ARM, Intel wciąż stawia na architekturę x86), czy różnice wynikające z rodzajów zastosowanych tranzystorów (zagęszczenie można osiągać nie tylko przez miniaturyzację, ale też konstrukcyjnie), niemniej komunikat z Santa Clara płynie jasny – za niecałe 8 lat osiągniemy kolejny rząd wielkości, jeśli chodzi o liczbę tranzystorów w pojedynczym procesorze.

Podobne rzeczy szefostwo Intela mówi od około 2014 roku, więc trudno to brać na poważnie poważnie. Z drugiej strony – jak już wspomniano – ważnych zmian w Intelu nie dokona się w ciągu roku, jaki minął od zmiany na stanowisko CEO, więc Gelsingerowi należy się kredyt zaufania. Będę się nawet upierał, że dawane przez niego obietnice w ostatnim czasie stały się jakby mniej abstrakcyjne, a nawet łatwiejsze do spełnienia. Ale wcale nie dzięki decyzjom podejmowanym w kierownictwie Intela, o nie.


Intel – too big to fail?

Za ewentualny sukces (czy też brak całkowitego upadku) szeregowi pracownicy Intela powinni dziękować nie swoim szefom, lecz rządowi federalnemu Stanów Zjednoczonych. Mowa oczywiście o ustawie Creating Helpful Incentives to Produce Semiconductors for America Act, w skrócie CHIPS. Stanowi ona, że rząd – w obliczu kryzysu, chińskiej ekspansji gospodarczej, pandemii, wojny w Ukrainie i czego tam jeszcze dusza zapragnie – przekaże amerykańskim korporacjom 1,5 mld dolarów na badania, rozwój i budowę m.in. fabryk procesorów. 

To chyba byłoby na tyle, jeśli chodzi o bajdurzenia o tym, że kapitał nie ma narodowości. Amerykańscy producenci otrzymali właśnie gigantyczny zastrzyk gotówki, przy czym nikt nie ukrywa, że głównym beneficjentem będzie Intel. Nie brakuje wręcz głosów, że jest to rodzaj interwencjonizmu porównywalny do tego, który miał ograniczyć skutki kryzysu finansowego z 2008 roku. Podobnie jak wówczas największe banki, tak dziś Intel może się okazać „too big to fail”. Czy to wystarczy, by korporacja wyszła z kryzysu, a może nawet spełniła obietnicę biliona tranzystorów do 2030 roku? Czas pokaże.

<p>Loading...</p>