27.09.20225 min

Maciej OlanickiRedakcja Bulldogjob

O co chodzi z fikcyjnymi działalnościami gospodarczymi w polskim IT

Jedną z patologii polskiego rynku pracy są fikcyjne jednoosobowe działalności gospodarcze. Sprawdź, czy ten problem może dotyczyć ciebie.

O co chodzi z fikcyjnymi działalnościami gospodarczymi w polskim IT

W toku prac nad Badaniem Społeczności IT ustaliliśmy, że dziś w polskim IT na podstawie umowy B2B pracuje 34% pracowników. Biorąc pod uwagę zasięg badania, które jest największym tego rodzaju przedsięwzięciem w kraju, daje to relatywnie rzeczowy ogląd sytuacji. Warto jednak zadać sobie pytanie – ilu pracowników branży IT samodzielnie wybiera prowadzenie najczęściej jednoosobowej działalności gospodarczej, a ilu jest do tego w mniej lub bardziej subtelny sposób zachęcanych?


Komu B2B, komu?

W przypadku niemal wszystkich specjalizacji przeanalizowanych w Badaniu Społeczności IT, i dotyczy to nie tylko programistów, ale także testerów, administratorów czy stanowisk kierowniczych, można zaobserwować stałą tendencję: im większe doświadczenie, tym większe zarobki, a im większe zarobki, tym większy odsetek pracujących na podstawie umowy B2B.



I można by analizować ten stan rzeczy miesiącami, ale tajemnicą poliszynela jest jego źródło – jest nim troska o to, aby urząd skarbowy zarobił na współpracy jak najmniej, a jak najwięcej zostało w rękach „kontrahentów”. Często argumentuje się to tym, że w Polsce koszty pracy i opodatkowanie są szczególnie wysokie. Bujda na resorach – Polska pod względem kosztów pracy plasuje się na 22 miejscu z 27 państw Unii Europejskiej. Dalej tylko Bułgaria, Rumunia, Węgry.

Sprawa ma drugie dno. Zaryzykuję stwierdzenie, że w Polsce chcemy płacić jak najmniej podatków, gdyż powszechnie panuje przekonanie, że i tak zostaną one zmarnotrawione. A kto płaci w nadziei, że pomoże to w świadczeniu wyższej jakości usług publicznych, ten frajer. I to ma przełożenie na strukturę form zatrudnienia w IT.

Polska branża IT nie odstaje i powiela trend widoczny na całym świecie – najbardziej wykwalifikowani, najlepiej wynagradzani płacą na B2B proporcjonalnie mniejsze podatki niż młodsi koledzy zatrudniani zazwyczaj na podstawie umowy o pracę. Degresja podatkowa, nihil novi sub sole. Zainteresowanych szczegółami zachęcam ponownie do lektury Raportu z Badania Społeczności IT 2022.


B2B i UoP – różnice w prawach

Jednym z najbardziej kuriozalnych pomysłów fiskalnych ostatnich lat jest ten z pierwszej połowy 2019 roku autorstwa ówczesnej minister finansów, Teresy Czerwińskiej. W popłochu szukając wpływów do budżetu, proponowała, aby uruchomić ogólnokrajową kontrolę mającą zweryfikować, które jednoosobowe działalności gospodarcze faktycznie wypełniają swoje znamiona, a które mają na celu wyłącznie omówioną już optymalizację podatkową. Po wykazaniu drugiego scenariusza, działalność przymusowo byłaby przekształcana w stosunek pracy.

Nie bacząc na to, jak dużą konsternację podobnie egzotyczne pomysły wzbudziły w Brukseli, Czerwińska przysłużyła się w choć jednym aspekcie – opracowania formalnych czynników, którymi mógłby się kierować fiskus, aby decydować, czy dana praca to działalność gospodarcza, czy też nie. Są to:

  • brak zdefiniowanego zakresu godzin pracy,
  • brak bezpośredniego nadzoru nad pracą,
  • brak wymogów co do miejsca wykonywania obowiązków.

To właśnie te trzy czynniki mają determinować, czy mamy do czynienia z JDG. I z punktu widzenia osoby prowadzącej działalność gospodarczą, moim zdaniem, stanowią one walor. Rzecz w tym, że często, mimo pracy w formacie B2B, żaden z tych wymogów i tak nie jest spełniany. Wciąż wymagana jest fizyczna obecność w biurze w określonym czasie. 

Wówczas dochodzi do przejawu jednego z największych patologii polskiego rynku pracy – fikcyjnego JDG, w którym z jednej strony pracownik nie korzysta na prowadzeniu działalności gospodarczej, a z drugiej do budżetu nie są odprowadzane należne składki. Sytuacja lose-lose, zwycięzcą jest wyłącznie pracodawca, czy też – jak precyzyjniej należałoby się wyrazić – usługobiorca.


Urlopy i emerytury, czyli sól w oku

Osobna kwestia to prawa osoby zatrudnionej na podstawie umowy o pracę, stanowione przez Kodeks pracy. Kodeks ten rzecz jasna nie chroni jednoosobowych przedsiębiorców. A prawa te, w konfrontacji z tym co przysługuje przedsiębiorcom... co tu dużo mówić, są ważne. Przykładem mogą być urlopy – według naszego badania, zaledwie 49% ankietowanych przysługuje płatny urlop. A to już poważna sprawa – można argumentować, że optymalizacja pozwoli pokryć koszt np. miesięcznej przerwy, ale przecież znów nie jest to żaden gwarant porównywalny do tego, co stanowi Kp.



Kolejny problem to emerytura, przy czym jest to kwestia ciążąca tak UoP, jak i B2B. I nie chodzi już nawet o wysokość świadczeń, lecz o to, czy za – dajmy na to – 20 lat, w ogóle będą one wypłacane. B2B nie gwarantuje wysokiej emerytury, ale każdy o tym wie. Problem w tym, że nie gwarantuje tego również Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Do czasu osiągnięcia wieku emerytalnego przez pokolenie milenijne najpewniej dokona on już implozji, jak przystało na podręcznikowy wręcz przykład schematu Ponziego. Mierne są także kwoty wypłacane przez prywatne fundusze. Jedyną drogą często pozostaje inwestycja, ale na to nie każdego stać.


UoP do reformy?

Przypomnijmy, że współczesny reżim pracy regulowanej przez Kodeks pracy, zakładający najczęściej ośmiogodzinny dzień i pięciodniowy tydzień roboczy, zrodził się w połowie XIX wieku w dużej mierze z inicjatywy Roberta Owena. Mowa więc o realiach, w których w wielu miejscach na świecie legalna była jeszcze praca dzieci w kopalniach. W Polsce ośmiogodzinny dzień pracy ustanowiono tuż po odzyskaniu niepodległości, w roku 1918.

Decydując się na taką regulację, odpowiadano więc na ówczesne postulaty robotników fabryk, często ciężkiego przemysłu, wykonujących nie tylko specjalistyczną pracę rzemieślniczą, ale też wyczerpującą fizycznie i przebiegającą w warunkach zagrażających życiu i zdrowiu. Dlaczego więc nie mielibyśmy oczekiwać, że skomputeryzowana praca biurowa w XXI wieku będzie rządzić się innymi prawami?

Wiele mówi się o bezrobociu technologicznym i o tym, jak automatyzacja ogromnej liczby dotychczas analogowych procesów wpłynie na nasze zatrudnienie w przyszłości. Ale nie dostrzegamy, że wpływ ma już dzisiaj – stopniowo coraz mniejszy odsetek ludności pracuje w przemyśle, praca dzięki komputeryzacji jest coraz łatwiejsza i coraz mniej czasochłonna, a mimo to format umowy o pracę nie uległ zmianie – nie przewiduje on na przykład elastycznego, zadaniowego czasu pracy, a do niedawna organizacji pracy zdalnej. 

Siłą rzeczy nieprzystawanie do współczesności modelu rockefellerowskiego zachęca do eksplorowania pomysłów, w których każdy z nas będzie jednoosobową działalnością gospodarczą. Przy braku wiary w instytucje państwowe i chęci maksymalizacji zysku będzie to pewnie postępować, ale też zwiększać ryzyko zakładania coraz większej liczby fikcyjnych JDG, na których zyskuje tylko jedna z trzech stron. A gdzie trzeci korzysta, tam dwóch się bije.

<p>Loading...</p>