5.09.20223 min

Maciej OlanickiRedakcja Bulldogjob

Po quiet quitting czas na quiet firing [OPINIA]

Sprawdź, co oznacza quiet quitting, jakie mechanizmy stoją za tym zjawiskiem i jakie mogą być jego konsekwencje.

Po quiet quitting czas na quiet firing [OPINIA]

Słyszeliście już o lynig flat. Jest to odpowiedź na panujący w Chinach system 9-9-6, promowany oczywiście przez tamtejszych miliarderów, na przykład Jacka Ma. W 9-9-6 pracuje się od 9 do 21 przez sześć dni w tygodniu. 

Słyszeliście też już pewnie o quiet quitting – rzekomej doktrynie przyjmowanej przez coraz większą liczbę młodych ludzi, którzy zamiast pracy dla idei czy czegokolwiek innego, pracują dla przetrwania – robią to, co mają w umowie i nic więcej. Często dlatego, że muszą zachowywać siłę na pracę na drugim etacie.


Quiet quitting

Mówię o Chinach, mówię o USA, ale oba warianty, a raczej ich patologiczną koincydencję, można zaobserwować w Polsce. 

Spójrzmy na młodych medyków, którym każe się pracować w zasadzie wyłącznie na podstawie przysięgi Hipokratesa, tak jakby jakiekolwiek upominanie się przez nich o godne warunki pracy (nawet nie o godną płacę, co ważne, ale właśnie warunki pracy) było jakimś nadużyciem. 

Spójrzmy na nauczycieli, którzy zaraz sprawią, że znów będziesz się zastanawiać – co zrobić z dzieckiem przez te osiem godzin, jeśli nie będzie szkoły? Wszak trudno twierdzić, aby polska szkoła miała jakiekolwiek inne zastosowania, niż przechowalnia dziatwy na czas pracy rodziców, o czym przekonaliśmy się tak przy ostatnim strajku nauczycieli, jak i podczas pandemicznych lockdownów.

Teraz – zatrudnieni w innych branżach, często w sektorze prywatnym – zastanówmy się: czy godzilibyśmy się na takie traktowanie? Zakładam, być może zbyt optymistycznie, że nie. Na tej fali powstało coś, co pracodawcy w USA usilnie chcą nazywać trendem, modą, ale unikają nazywania rzeczy po imieniu – jest to dopełnianiem obowiązków. Mowa o tzw. quiet quitting. O robieniu tyle, za ile się płaci i niczego więcej. Jak bardzo kuriozalne jest uważanie takiej postawy za inną niż oczywistą?


Quiet firing 

Jak można było się spodziewać, po początkowej nagonce medialnej na młodych, którzy robią dokładnie to, co im się każe – bo jest to formułowane właśnie tak, ale w postaci zarzutu (jakże tak?!) – przeszło do kontrofensywy organizacyjnej. Tak spontanicznie jak narodziło się quiet quitting, tak szybko otrzymaliśmy reakcję – quiet firing. Podobnie jak po cichu robi się to, co się powinno robić, podobnie po cichu się za to zwalnia.

O sprawie donosi Karla Miller z „Washington Post” – jej artykuł polecam uwadze, choć przyznaję, że trochę ironicznie. Miller bowiem wszem wobec ogłasza, że wszystkich, którzy podejmą quiet quitting czekają konsekwencje. Postanawia ona odpowiadać na pytania rzekomych czytelników o skutki ich postępowania. Otwarcie grożąc, że utracą oni za to przywileje, beneficja. 

Dotyczyć ma to przeróżnych obszarów, np. utraty dopłat ze względu na relokację. Słowem – ostrzega się osoby stosujące quiet quitting przed tym, że również pracodawcy będą stosować minimum minimorum, co w realiach amerykańskich, ale też coraz częściej polskich wypada w sposób budzący zastanowienie. 

Gdy coraz więcej osób zatrudnionych jest na postawie umowy B2B, mniej lub bardziej chętnie rezygnując ze wszystkiego, co stanowi Kodeks pracy, to jakie jeszcze minimum może obciąć pracodawca? Odnoszę to do realiów polskich, a przecież Miller porusza się w realiach amerykańskich, gdzie rynek pracy jest po stokroć bardziej zderegulowany.

Quiet firing wypada więc nie jako konstatacja występującego zjawiska, lecz jako groźba. To ślad, że rzeczy się zmieniają, narasta niezadowolenie, a największe spółki giełdowe w USA stosują te same mechanizmy zwalczania oporu, które stosowały przed pandemią i przed wojną w Ukrainie, której ekonomiczne skutki dopiero zaczynają do nas docierać (i na szczęście vice versa). Na reakcję nie będzie trzeba czekać długo. 


Epilog 

„The Washington Post” od 2013 roku należy do Jeffa Bezosa (źródło).

<p>Loading...</p>