Nasza strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Rozumiem

Wolność w internecie jest poważnie zagrożona

Maciej Pikor Redakcja Bulldogjob
Najnowszy raport Freedom House nie nastraja pozytywnie. To wręcz alarm.
Wolność w internecie jest poważnie zagrożona

Według raportu waszyngtońskiej organizacji pozarządowej Freedom House*, wolność w sieci drastycznie spada w skali świata. Coraz więcej rządów krajowych ingeruje w treści w internecie, coraz częściej represjonują wypowiedzi internautów i wzrasta poziom dezinformacji. Kolorowo nie jest, o czym pisze między innymi „The Guardian”. 


*Freedom House to organizacja non profit stojąca na straży swobód obywatelskich i wolności na całym świecie. Mówi o sobie, że „wyrażała stanowczy sprzeciw wobec dyktatur w Ameryce Środkowej i Chile, apartheidu w Afryce Południowej, tłumienia praskiej wiosny, radzieckiej inwazji Afganistanu, ludobójstwa w Bośni i Rwandzie i brutalnego pogwałcania praw człowieka na Kubie, w Birmie, Chinach, Iraku. Organizacja ta jest szermierzem obrony praw działaczy demokratycznych, ludzi wierzących, związkowców, dziennikarzy i rzeczników wolnego rynku”.


Cenzura internetu


Według raportu Freedom on the Net 2021 zarzut ingerencji w treści publikowane w internecie można postawić 48 krajom na 70 biorących udział w badaniu. Freedom House ocenia poziom wolności w internecie, posługując się 21 różnymi wskaźnikami badającymi różne aspekty tego zagadnienia. 

Wolność użytkowników w sieci w każdym państwie jest mierzona w skali 100-stopniowej. Pod uwagę brane są takie czynniki jak infrastruktura internetowa, kontrola rządów, problemy z dostępem oraz regulacja treści. Kraje z dużą liczbą punktów są uznawane za "wolne".

Szczególne zaniepokojenie wzbudza fakt, że nieco więcej niż jedna trzecia badanych krajów ogłosiła nowe prawo lub zasady regulujące sposób kontrolowania treści pojawiających się w internecie, które w istocie rzeczy sprowadzają się do zaostrzenia cenzury.

Czynnik ten spada już 11 rok z rzędu. Oczywiście kandydatami do podium są takie kraje jak Białoruś oraz Birma i Uganda, które znajdują się na dole listy, jednak niepokoi również to, co dzieje się na jej szczytach. 

W Białorusi, w zeszłym roku, sporne wybory prezydenckie skłoniły władze do wielokrotnego ograniczania dostępu do Internetu, zwiększania nadzoru w mediach społecznościowych oraz zatrzymywania i używania siły wobec aktywistów internetowych. Według raportu „represyjna kampania” władz przeciwko wolności w Internecie trwała w tym roku, prowadząc do 7-punktowego spadku wolności w Internecie w tym kraju. Większy spadek zanotowała jedynie Birma.

Akcja Łukaszenki po wyborach obejmowała zamknięcie biur i zablokowanie stron internetowych TUT.by i Naszej Niwy, dwóch popularnych niezależnych mediów w kraju, oraz przymusowe lądowanie lotu Ryanaira w Mińsku, w maju tego roku, w celu aresztowania opozycyjnego blogera Ramana Pratasewicza — byłego redaktor naczelny popularnego kanału NEXTA na platformie komunikacyjnej Telegram.

Nie zaskoczę, jeśli napiszę, że największym cenzorem są Chiny, gdzie ściga się z urzędu takie wypowiedzi zamieszczane w sieci, które według ustawodawcy obrażają członków sił zbrojnych, „bohaterów narodowych”, czy - jak to określa ustawa - „patriotów” i „męczenników”. Za takimi winami idą spore konsekwencje, których nie chcielibyśmy ponosić, publikując antyrządowego mema. Jako przykład podano działacza, który został skazany na 18 lat więzienia za ujawnienie informacji o błędach w zarządzaniu epidemią COVID-19.

Freedom House twierdzi, że w Rosji rząd „uchwalił nowe przepisy, które ograniczają mocno międzynarodowe koncerny”. Organizacja powołuje się na styczniową ustawę wprowadzającą nowe kary dla witryn i platform, które nie usuwają treści uznawanych przez rząd za „nielegalne”, podczas gdy przepisy z lutego wzmocniły obowiązki platform w zakresie identyfikowania i usuwania zabronionych treści i wymagały od nich koordynowania z rządowymi urzędnikami decyzji w zakresie moderowania treści.

Iran był jednym z rządów, które nakładały „szczególnie surowe wyroki” na osoby aresztowane lub skazane za ich działalność w internecie. Ruhollah Zam, menedżer popularnego kanału Telegram Amadnews, został stracony w grudniu 2020 roku po tym, jak został oskarżony o podżeganie do przemocy podczas protestów w Iranie w 2017 roku.

W Stanach Zjednoczonych czynnik ten spada od 5 lat, głównie z powodu braku regulacji w branży technologicznej, które ograniczałyby nadużycia firm. 

Kiedy Apple i Google skapitulowały przed rosyjskimi żądaniami i usunęły opozycyjną politycznie aplikację ze swoich lokalnych sklepów z aplikacjami, wzbudziło to obawy, że dwie odnoszące największe sukcesy firmy na świecie nie mają problemu z uginaniem się pod żądaniami rządów niedemokratycznych i bardziej obchodzi je chronienie swoich interesów i debetu na koncie, aniżeli praw swoich użytkowników. 

To nie znaczy, że jest to jedyny problem, który siedzi na głowie naszego wielkiego brata. Skutki tego problemu mogliśmy obserwować zaledwie kilka miesięcy temu podczas ataku na Kapitol. 

Jaki związek mają z tym Chińczycy? Przecież to jasne. 

Wracając na chwilę do poważnych teorii: organizacja wskazuje na brak zróżnicowanych źródeł informacji jako przyczynę złej kondycji amerykańskiego internetu. Ich brak powoduje zalew fałszywych teorii i fake newsów. 

”Zalew fałszywych teorii konspiracyjnych na temat listopadowych wyborów wstrząsnął fundamentami amerykańskiego systemu politycznego”

- możemy przeczytać w raporcie.


Trochę statystyk

Raport ujawnia, że aż 64% rządów przebadanych krajów ingeruje w treści publikowane w internecie przez zatrudnione specjalnie do tego osoby, które popularnie nazwalibyśmy trollami. Pracownicy ci, przychylni działaniom rządów, uczestniczą w życiu forów internetowych, social mediów i różnych witryn, za pieniądze głosząc „propagandę” rządową. 

W ciągu ostatniego roku odnotowano globalnie więcej niż kiedykolwiek wcześniej aresztowań internautów za nieagresywne wypowiedzi na tematy polityczne, społeczne czy religijne. Władze co najmniej 20 państw zawiesiły dostęp do internetu, a 20 reżimów zablokowało platformy społecznościowe.

Z kolei 41% z przebadanych krajów zaobserwowano zjawisko blokowania treści pojawiających się w przestrzeni wirtualnej, szczególnie nieprzychylnych komentarzy politycznych podczas wyborów. 

Rządy 45 z 70 krajów podejrzewa się o to, że zakupiły i intensywnie wykorzystują zaawansowane narzędzia do szpiegowania użytkowników internetu, czy sieci komórkowych takich firm, jak NSO Group, Cellebrite, Circles czy FinFisher.


Konkluzja

Znamienne jest, że właśnie teraz (gdy o tym piszę) w Wielkiej Brytanii rozgrywa się dyskusja o zniesieniu neutralności internetu.

Dla tych, którzy nie wiedzą, to zasada, zgodnie z którą dostawcy usług internetowych (ang. Internet Service Provider) i rządy nie nakładają żadnych ograniczeń na dostęp użytkowników do sieci pozwalających na korzystanie z Internetu.

Jest to spowodowane mocnym lobby operatorów komórkowych, którzy po jej zniesieniu mogliby zarabiać dużo więcej, mogąc decydować o tym, co i w jakim tempie chcemy pobierać, wyszukiwać i tak dalej. Operatorzy mogliby spowalniać niektóre serwisy, bądź też wybiórczo przyspieszać inne (zamiast wszystkie) w ramach konkretnych ofert. 

Dziś jeżeli prędkość internetu zwiększa się z 300 Mbit/s do 600, przyspieszane są wszystkie usługi. Bez neutralności internetu za taką samą zmianę w cenie przyspieszone mogłyby być tylko wybrane przez operatora serwisy. Duże korporacje chętnie zapłaciłyby za to, by być premiowane, a użytkownicy, czyli my wszyscy, musielibyśmy dodatkowo zapłacić za coś, co teraz mamy zagwarantowane taniej. Tak jest, chociażby w Rosji, gdzie blokady na koła rosyjska straż internetu zakłada pojazdowi Twittera. 

Wracając do raportu i jego konkluzji: Freedom House wzywa decydentów odpowiedzialnych za redagowanie przepisów dotyczących ochrony danych, aby skoncentrowali swoją uwagę na kwestii ochrony prywatności użytkowników. Zwraca uwagę właśnie na zasadę neutralności internetu i prawo użytkowników do szyfrowania danych i do tego, by nikt do tych zaszyfrowanych danych nie zaglądał. 

Tu już nie chodzi o to, czy ktoś dowie się o tym, że zaglądałeś na te strony, które Ci kolega polecał, ile zdjęć małych kotków ściągnąłeś, czy ile przesiadujesz jesienią pod kocykiem z dyniowym latte, oglądając seriale Netflixa, czy HBO. Choć do tego, aby o tym świat nie wiedział, też powinieneś mieć prawo. 

Ale wraz z popularyzacją internetu i tego, że dzięki ciężkiej pracy branży IT zaczyna od ułatwiać nam wiele przestrzeni w naszym życiu, niektórzy mogą płacić życiem. Czyli to gra o najwyższą stawkę. 

Rozpocznij dyskusję

Lubisz dzielić się wiedzą i chcesz zostać autorem?

Podziel się wiedzą z 160 tysiącami naszych czytelników

Dowiedz się więcej