Czemu nie gadam z rekruterami z Google

p.p1 {margin: 0.0px 0.0px 5.0px 0.0px; text-indent: 18.0px; line-height: 23.6px; font: 14.0px 'Times New Roman'; color: #000000; -webkit-text-stroke: #000000} p.p2 {margin: 0.0px 0.0px 5.0px 0.0px; line-height: 23.6px; font: 14.0px 'Times New Roman'; color: #000000; -webkit-text-stroke: #000000} p.p3 {margin: 0.0px 0.0px 5.0px 0.0px; line-height: 23.6px; font: 14.0px 'Times New Roman'; color: #111111; -webkit-text-stroke: #111111} li.li2 {margin: 0.0px 0.0px 5.0px 0.0px; line-height: 23.6px; font: 14.0px 'Times New Roman'; color: #000000; -webkit-text-stroke: #000000} span.s1 {font-kerning: none} span.s2 {font: 12.0px Helvetica; color: #000000} span.s3 {text-decoration: line-through ; font-kerning: none} span.s4 {text-decoration: underline ; font-kerning: none} span.s5 {font-kerning: none; color: #111111; -webkit-text-stroke: 0px #111111}

To prawdziwa historia, która nie dotyczy wyłącznie Googla. Otrzymuję e-maile od rekruterów z Amazona, Facebooka i mniejszych początkujących firm z Doliny Krzemowej. Jakoś mnie odnajdują, najprawdopodobniej dzięki blogowi, moim książkom, oraz kontu w serwisie GitHub. Zaczynają zawsze tak samo: „Jesteśmy pod wrażeniem twojego profilu” , a kończą w stylu: „Umówmy się na rozmowę kwalifikacyjną”. Ja zawsze odpowiadam tak samo, a oni zawsze znikają, by wrócić za kilka miesięcy pod inną nazwą. Pozwólcie, że wyłożę swoje racje. Może zrobicie tak jak ja i będziemy w stanie zmienić sytuację w tej branży. 

Film Michaela Cimino, “Łowca jeleni” (1978)

Na początek zastrzeżenie: naprawdę zdaję sobie sprawę z tego, że są to firmy warte miliardy dolarów i w porównaniu z nimi jestem niczym. Zdaję sobie także sprawę, że ich rekruterzy nie przejmują się moimi odpowiedziami, tylko po prostu wciskają „delete” i idą dalej. Wiem także, że nigdy nie przeczytają tego posta, a ten artykuł pewnie nie zmieni niczego. Jednak muszę go napisać. 

Oto, jaką odpowiedź im wysyłam: 

Dziękuję za Wasz e-mail. Jestem w istocie bardzo zainteresowany. Nie mam nic przeciwko spotkaniu na rozmowie. Mam jednak jeden warunek: proszę, aby rozmawiała ze mną osoba, z którą miałbym w przyszłości pracować, czyli mój przyszły bezpośredni przełożony. 

Rekruter, który otrzymuje moją odpowiedź, nigdy już do mnie nie wraca. 

Czemu tak odpowiadam?

Cóż, ponieważ dostałem lekcję, kiedy dwa lata temu Amazon próbował mnie rekrutować. Otrzymałem e-mail od firmy, z którego wynikało, że są pod wrażeniem mojego profilu i nie mogą się doczekać pracy ze mną. Potrzebują właśnie mnie i nikogo innego. Byłem naiwny, a taka wiadomość naprawdę mi pochlebiała.

Zapłacili za mój bilet lotniczy i nocleg w pięciogwiazdkowym  hotelu. Byłem pod wrażeniem. 

Spotkanie zaplanowane było w ich głównej siedzibie w Seattle. Zapłacili za mój bilet lotniczy z San Francisco i za nocleg w pięciogwiazdkowym hotelu. Byłem pod wrażeniem. Widać było, że są mną zainteresowani. Z wzajemnością.

To co się wydarzyło podczas rozmowy kwalifikacyjnej, przypominało mniej więcej to co przeszedł Max Howell, który miał  takie doświadczenie z Googlem: kilku programistów, którzy nie mieli pojęcia o moim profilu poprosiło mnie, abym przez cztery godziny tworzył jakieś algorytmy na białej tablicy. Czy dałem radę? Nie wydaje mi się.

Czy złożyli mi ofertę? Nie.

Czego się nauczyłem?

Że to strata czasu. Dla obu stron.

Ich maszyna biurokratyczna jest tak zaprojektowana, aby przemielić kilkuset kandydatów miesięcznie. Armia małprekruterów śle ciepłe e-maile ludziom takim, jak ja, aby nas wyłowić i zachęcić. Muszą jakoś prześwietlać kandydatów, ale są zbyt leniwi, aby zrobić to twórczo i efektywnie. Przepuszczają ich przez spotkania z losowo dobranymi programistami, którzy mają im zadawać możliwie najbardziej skomplikowane pytania. 

Nie twierdzę, że ludzie, którzy przechodzą pomyślnie te testy nie są dobrymi programistami. Nie twierdzę także, że sam jestem świetnym programistą, skoro – spójrzmy prawdzie w oczy – nie zdałem tego testu. Wierzę też, że ten system filtrowania jest raczej dobry. Chodzi mi jednak o to, że zaprzecza on listowi jaki początkowo otrzymałem od rekruterki. 

Gdyby zaczęła swoją wiadomość od: “Szukamy eksperta od algorytmów”, nie poszlibyśmy w tym dalej, co uchroniłoby nas przed stratą czasu. Zdecydowanie nie jestem ekspertem od algorytmów. Nie ma sensu dawać mi zadań typu przejście drzewa binarnego. Nie znam rozwiązań i nigdy nie będzie mi się chciało tego nauczyć. Próbuję być ekspertem w czymś innym, na przykład w projektowaniu obiektowym. 

Nie ma sensu zadawać mi zadań typu przejście drzewa binarnego. Nie znam rozwiązań i nigdy nie będzie mi się chciało tego nauczyć.

Między moim profilem i oczekiwaniami rekruterów była duża rozbieżność. Nie mam do nich żalu, tak jak nie mam pretensji do tej pierwszej rekruterki. Są oni przecież tylko niewolnikami pracownikami. Mam żal do siebie, że na początku nie określiłem tego jasno. 

Powinienem był jej napisać, że nie chcę mieć spotkania z jakimkolwiek programistą, ponieważ na pewno taką konfrontację obleję. 

Nie było sensu próbować. Chciałem mieć rozmowę z osobą, która naprawdę potrzebuje mnie, czyli z moim przyszłym szefem. Taka osoba zrozumiałaby moje informacje profilowe i nie pytałaby bez sensu o algorytmy, po prostu dlatego, że wiedziałaby, jakie przewiduje dla mnie obowiązki, oraz jakie problemy będę w pracy rozwiązywał, jeśli mnie zatrudnią. 

Niestety, z mojej dwuletniej obserwacji odbijania takich maili od rekruterów, wynika, że nic się nie zmienia. Muszą każdego przepuścić przez tę samą formalną ścieżkę, zaczynającą się tymi ciepłymi i pochlebnymi obietnicami. 

Przykro mi, drodzy rekruterzy, ale za takie standardowe rozmowy rekrutacyjne to ja już dziękuję.

Mój blog 

Yegor