Nasza strona używa cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i zmianie ustawień w przeglądarce. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. Rozumiem

Chłopcy z IT vs. Dziewczyny z Haerów

Trzeba to w końcu powiedzieć głośno - nie dogadujemy się.
Chłopcy z IT vs. Dziewczyny z Haerów
Nie żeby między dziewczętami z IT i chłopcami z haerów miało być lepiej, ale tak wygodnie trzymać się stereotypów. Jesteśmy MY i ONI - po przeciwnych stronach barykady, bo MY szukamy, ogłaszamy, zachęcamy, a ONI? Oni są na te działania zupełnie nieczuli. I tak przepychamy się na forach i LinkedInach, opisując wzajemnie swoją arogancję, albo ignorancję, a czasem obie te cechy jednocześnie. Czy ktoś nie słyszał jeszcze o tym, jak haerówka dzwoni do super-java-mena, nie chcąc powiedzieć w sprawie jakiego projektu ani za jaką stawkę? Równie popularne są opowieści o gburowatych kolesiach, którzy pasjami nie przychodzą na rozmowy rekrutacyjne, albo rzucają w twarz pięciozerowymi kwotami oczekiwanych zarobków. W euro! Cóż, każda epoka, również na rynku pracy, ma swoje ogry i księżniczki.


A ja jestem osłem. 



Rekrutuję od lat nastu - prawników, konsultantów, księgowych, marketingowców, budowlańców, ale IT jakoś lubię najbardziej. Kiedy niedawno przyznałam się znajomemu do mojego obszaru rekrutacyjnego, spojrzał na mnie z dużym współczuciem. Chwilę potrwało zanim uwierzył, że to nie za karę. Developerzy, analitycy, testerzy, utrzymaniowcy, sieciowcy, bazodanowcy, front-endowcy, back-endowcy, a nawet UX-y! Cała banda specjalistów, którą w skrócie zwykliśmy określać mianem IT. Kosmici po prostu.

Jeszcze kilkanaście lat temu ta część rynku była niszą. Coś się działo, ale gdzieś w odległej galaktyce, do której haery w zasadzie nie zaglądały. Wyobrażam sobie, że w czasie rewolucji przemysłowej tak samo patrzono na inżynierów, konstruktorów i mechaników. Pojawiały się dziwne osobniki grzebiące w maszynach, których nikt nie rozumie - maszyn, chociaż osobników też. Z czasem okazało się, że nie dość, że to dochodowe, to jeszcze ciekawe. Inna sprawa, że dziś to właśnie IT ludki wygryzają starą gwardię inżynierów-mechaników, wciskając procesorki, pamięci i inne szerokiej widowni nieznane elementy, wszędzie gdzie się da. Pisząca te słowa przypominam sobie, jak musiałam sprzedać samochód "za stówę", bo okazało się przy pewnej awarii, że... komputer go nie czyta, a mechanik zgłupiał.

Od jakiegoś czasu nisza się rozrasta. Nie ma już obszaru, którego nie próbowano by digitalizować. Wąska grupa fascynatów bardzo szybko się rozrosła i dziś mamy na rynku pracy sporo pasjonatów, którzy ciągle się rozwijają i szukają coraz ciekawszych projektów. Coraz więcej jest też rzemieślników IT , którzy po prostu solidnie wykonują swoją pracę, bo potrafią, a ich celem nie jest stworzenie start-upu, który sprzedadzą za miliony, ale spokojna, stabilna praca. Są też "chciałbymbyć", którzy nie bardzo umieją w programowanie, ale kiedyś obejrzeli filmik na YouTube z budowania strony internetowej i w CV wpisują sobie "doświadczony" programista/analityk/tester (niepotrzebne skreślić). Ale takie przypadki zdarzają się przecież w każdej branży.

Wierzcie albo nie, ale HR też kiedyś był popularny. No, może nie aż tak, ale liczba osób, które ,,chcą pracować z ludźmi" znacząco przekraczała liczbę dostępnych miejsc zatrudnienia. Mimo to znaleźć prawdziwego fachowca było ultra trudno. Były czasy, kiedy to był świetnie płatny zawód (wzdycham ciężko). Kiedy w Polsce rodził się kapitalizm, zagraniczne firmy uwierzyły, że ,,coś tu można zrobić’’, więc trzeba było znaleźć i przekonać do pracy specjalistów na miarę zachodniego kapitału. Wtedy HR był kurą znoszącą złote jaja. Czasy się trochę zmieniły, ale gdzieś w świecie krąży legenda, że fajnie być headhunterem. I w taki sposób właśnie do zawodu - obok tych z ogromną pasją do ludzi i tych którzy zwyczajnie chcą przyzwoicie wykonywać swoją robotę - trafiają ci spragnieni łatwego splendoru. Bo co może być trudnego w zajęciu, w którym dzwonisz do człowieka i dajesz mu pracę?


Przy zetknięciu tych dwóch światów zaczyna się tarcie. Z prostych przyczyn - mówimy różnymi językami! Trzy podstawowe pojęcia mogą nam mocno ułatwić życie.


Profesjonalizm

Tak jak dobry programista musi znać swoje technologie, tak haery muszą znać się na swoich obszarach. Nie raz słyszałam, jak developer skarżył się developerowi, że dzwoniła jakaś z haerów i w ogóle nie miała pojęcia, o czym mówi. I wiecie co? Mogło tak być! Big data, machine learning, data science - takie cuda jeszcze niedawno nie istniały. Żeby nadążyć za rynkiem trzeba się bardzo starać i chcieć. W IT trzeba też się uczyć i, choć może was to zdziwić, w haerach podobnie.

Niestety rynek (jak zwykle - zły) goni. Coraz więcej firm potrzebuje coraz więcej programistów. Jeśli ktoś ostatnio szukał javowców ten wie, o czym mówię. Podaż nie nadąża za popytem. Korporacje same nie potrafią już rekrutować do siebie developerów czy analityków, więc zatrudniają firmy rekrutacyjne. Firmy rekrutacyjne do tej pory robiły kilkaset powtarzalnych projektów rocznie, aż posypały się zlecenia na specjalistów, których dotąd nie było. Zlecenia, których nie miał kto zrealizować. Więc co zrobiły firmy rekrutacyjne? TAK! Zaczęły zatrudniać! Szybko, natychmiast, od zaraz. A później rozdzielać projekty nie kłopocząc się pytaniem o to, na czym się znasz, co umiesz i czy wiesz, co to szyna danych? W ten sposób przy telefonach i profilach linkedInowych, na portalach branżowych i przy kreatorach ogłoszeń zasiadła cała rzesza młodych ludzi pragnących rozwoju i kariery, których niestety nikt niczego nie nauczył. Bo nie miał czasu.




Profesjonalizm jest wtedy, kiedy wiesz, co robisz. Tak jak analityk systemowy musi wiedzieć do czego ma służyć aplikacja zanim rozpisze proces, tak rekruter ma wiedzieć na jakie stanowisko, do jakiego projektu poszukuje kandydata. I musi umieć powiedzieć, od kiedy, do kiedy i najlepiej - za ile. Rekruter IT nie musi być programistą, ale powinien wiedzieć, po co szuka człowieka i do kogo pójść, żeby znaleźć odpowiedzi na wszystkie jego pytania. Może też znać kilka trudnych słów, których użycie sprawi, że przestanie czuć na sobie pogardliwe spojrzenie, a zaczynie być podejrzliwie obserwowany.


Konkret

Wspomniałam już o tym, że fajnie, jeśli rekruter dzwoniąc do kandydata wie kogo, po co i z jakimi kompetencjami poszukuje. Wspomniałam też, że fajnie, jeśli wie za ile. Smutno mi za każdym razem, kiedy zapraszam do rekrutacji być-może-idealnego-kandydata i wraca do mnie pytanie ,,o jakim budżecie mówimy?" Nie myślę, że ludzie będą chcieli pracować za darmo, bo nie po to się uczą, szkolą i ślęczą nad kodem, czy innym UML-em, żeby robić to charytatywnie. Smutno mi, bo często nie mogę odpowiedzieć. Czasem nie znam budżetu - takie życie rekrutera. Czasem ten budżet jest uzależniony od kompetencji kandydata, a widełki to w zasadzie widły, do niczego nie przydatne. W takich sytuacjach można tylko otrzeć łzę i nadrabiać konkretem w innych tematach.

Znam takie przypadki, kiedy rekruter nie mówi na jaki projekt szuka, w jakiej lokalizacji, ani na jak długo. O ile potrafię, choć z trudem, zrozumieć, że nie możemy rozmawiać o kwotach od pierwszego zagajenia, to zupełnie nie pojmuję jak ktoś chce ,,złowić" dobrego pracownika nie mówiąc mu co ma robić. Jedną z rzeczy, które w IT podobają mi się najbardziej jest liczba pasjonatów, którzy szukając zajęcia na pierwszym miejscu stawiają frajdę z wykonywanej pracy, często dla poziomu tej frajdy znacznie obniżając oczekiwania finansowe. Jak można sądzić, że ktoś taki, kto z pewnością ma ciekawą pracę, zrezygnuje z niej dla niewiadomej?


 

Szacunek

Wierz mi, szanowny developerze/architekcie/analityku/testerze - nie dzwonię do ciebie, żeby sobie z kimś pogadać, bo ... generalnie wolę pisać, ale nie o to chodzi. Chodzi o to, że rekruter dzwoni w dobrej wierze. Serio, większość z nas (nie mówię, że wszyscy) chce po prostu żeby wszystkim było dobrze. Żeby klient miał super ludzi na pokładzie, a kandydaci mieli nową, fajną robotę. Czasem ten rekruter pracuje od trzech miesięcy, niewiele jeszcze wie, ale pewnie się stara. Może więc warto oszczędzić mu udowadniania jakim jest ignorantem jeśli nie widzi zasadniczej różnicy między Java, a JavaScript? Nauczy się, zrozumie, a może sam zapała pasją kodowania (nieważne: back-end, czy front-end).

A Ty kolego/koleżanko z haerów spróbuj zrozumieć, że człowiek z którym rozmawiasz odbiera pewnie sporo takich telefonów, a poza nimi też ma co robić. Nie zawsze pospieszanie cię i dążenie do konkretów wynika z niegrzeczności. Czasem z pośpiechu, albo ze zmęczenia. Może zdarzyło mu się spotkać raz czy drugi z niekompetencją rekrutera, więc woli dmuchać na zimne i szybko sprawdzić, czy jest po co odrywać się od debugowania, czy mapowania procesu.

Rekruterzy i kandydaci IT nie muszą się uwielbiać (chociaż ja fanką IT byłam, jestem i będę). Ale może warto spróbować się dogadać? Chociażby po to, żeby rekruterzy kończyli z sukcesem swoje projekty, programiści z sukcesem zaczynali nowe, a nowe aplikacje z sukcesem ułatwiały nam życie. Ku ogólnej radości.
Zobacz więcej na Bulldogjob

Masz coś do powiedzenia?

Podziel się tym z 80 tysiącami naszych czytelników

Dowiedz się więcej
Rocket dog