Dla kogo jest praca zdalna?

Praca zdalna, szczególnie w IT, nie jest niczym wyjątkowym. Według raportu StackOverflow, w ten właśnie sposób pracuje na przykład 29,5% polskich programistów. Czy jednak praca zdalna jest dla każdego? 

W swojej karierze zawodowej miałem do czynienia wielokrotnie z pracą zdalną. Nieraz analizowałem jej plusy i minusy. Ostatnio robiłem to w 2011 roku, gdy, jako poważny HRowiec, wdrażałem pracę zdalną w dużej organizacji. Jak zwykle, wypisałem wtedy na kartce zalety i wady pracy na odległość zarówno dla pracodawcy, jak i dla pracownika. Oczywiście była to bardzo subiektywna lista. 

Dziś po raz kolejny zadaję sobie pytanie, ale tym razem od strony pracownika: dla kogo, tak naprawdę, jest ta praca zdalna?

Programista na odległość

Już we wstępie przytoczyłem dane z raportu StackOverflow na temat pracy polskich programistów w formie zdalnej. Statystyki dotyczące innych narodowości są dość podobne. Warto dodać, że są to najczęściej osoby pomiędzy 25 a 29 rokiem życia. Dane te potwierdzają moje własne spostrzeżenia: praca zdalna jest zdecydowanie dla programistów. To grupa zawodowa, która czerpie największe zyski i korzyści z takiej formy współpracy.

W przypadku programistów mamy do czynienia z łatwo spełnianymi wskaźnikami i wartościami granicznymi, które pracodawca jest w stanie bez problemu zaakceptować, jeśli chodzi o pracę zdalną. Często wskaźniki KPI są ustalane jako wartości linijek kodu, dosyłanych w konkretnym czasookresie, na przykład dziennym, tygodniowym, miesięcznym itd. Oczywiście w takim przypadku wszystko zależy od stopnia zaufania. Gdy obydwie strony nie traktują się nawzajem poważnie, ze zdalnej formy pracy nic dobrego nie wyniknie.

Niestety, nawet programista, pracujący na odległość, musi się przygotować na pewne niedogodności w postaci obowiązkowej obecności na spotkaniach projektowych, komitetach sterujących i innych cudach. Pomimo tego, warto. Z mojego bogatego doświadczenia mogę potwierdzić, że większość osób, które korzystały z pracy zdalnej w IT była zadowolona. Pracodawcy – także. Piszę „większość”, ponieważ zdarzali się również tacy pracownicy, którzy po miesiącu pracy w domu przychodzili i mówili: „Wracam!”. Dlaczego? Bo jednak wspólne lunche, poranne pogadanki przy ekspresie do kawy, grupowa pizza z mikrofalówki czy tea-time'y okazały się dla nich zbyt ważne, by mogli z nich zrezygnować i stanowiły nieodłączny element ich kultury pracy. Nie wolno tego potępiać. Każdy ma własny styl bycia. Każdy inaczej ładuje swoje akumulatory, które napędzają go do działania.       

Tata, a Marcin powiedział…

Może to trochę wyda się dziwne, ale mamusiom i tatusiom z małymi dziećmi zdecydowanie odradzam pracę zdalną. Powszechnie utarło się myślenie, że jest to idealna forma wykonywania obowiązków służbowych dla świeżo upieczonych rodziców. Teraz już jestem pewny, że takie brednie rozpuszczają osoby, które nigdy dzieci nie posiadały. Ciekawe, na czym opierają swoje rozumowanie? Ja mówię nie, zdecydowanie nie. Jeśli niektóre osoby sądzą, że sprostają trudowi bycia rodzicem, jednocześnie pracując zdalnie z kanapy w salonie, to mylą się ogromnie.

Dziś do mojej listy, nazywanej doświadczeniem, mogę już dopisać fakt bycia rodzicem i z autopsji powtarzam raz jeszcze: ten sposób się nie sprawdzi! To znaczy mógłby się sprawdzić, gdyby dziecko wykazywało typowe cechy człowieka na odwyku albo osobnika po wielu, wielu „głębszych”: apatia, brak czynności życiowych serca, odrzucenie kontaktu z otoczeniem, nieobecność cielesna. Na szczęście w większości przypadków tak nie jest. Mogę zaręczyć, że już dziesięć minut po tym, jak wydawało nam się, że dogadaliśmy się z naszym dzieckiem, że teraz będziemy pracowali i prosimy o uszanowanie tego i nie przeszkadzanie nam przez 30 minut, usłyszymy najpierw cicho wypowiedziane, a w końcu wywrzeszczane słowa: „Tata, a Marcin powiedział…! No i klops, cały czar pracy zdalnej prysł!

Oczywiście w takim przypadku, jeśli potraktujemy naszą pracę zdalną jako, powiedzmy, incydentalny ucieczkę w płatny dzień wolny, wszystko będzie w porządku. Wyciszamy telefon, odbieramy go tylko od czasu do czasu i udajemy, że pracujemy. Jednak, jak sądzę, nie o to przecież chodziło. Jako pracodawca, nie chciałbym organizować pracy w ten sposób zarówno ze względu na koszty, jak i na kwestie czysto ludzkie – nikt nie lubi być oszukiwanym. Powiedzmy sobie szczerze, wychowanie dziecka jest zadaniem bardzo trudnym i niezwykle wymagającym. Połączenie tego z pracą, która wymaga od nas skupienia, zaangażowania, cierpliwości, spokoju, czasu i poświęcenia jest, po prostu, niemożliwe. 

Cicha myszka i introwertyk, a praca zdalna

Takim osobom raczej nie polecam pracy zdalnej, chociaż nie w każdym przypadku wykluczałbym takie rozwiązanie. Moim zdaniem jednak, zarówno tzw. cicha myszka, jak i introwertyk to osoby, które zamiast zgody na ucieczkę w pracę zdalną, powinny raczej otrzymać wsparcie firmy, przełożonego i kolegów, by mogły poradzić sobie ze swoimi „duchami” i kompleksami. Osoby te wykazują cechy wycofania i ucieczki od ludzi. Cicha myszka i introwertyk myślą często, że zdalne wykonywanie obowiązków służbowych pozwoli im popracować w przyjemnym klimacie, w domowym zaciszu, nie wychodząc z kapci i nie zdejmując pidżamki. Okazuje się jednak, że z każdym dniem przepaść pomiędzy zdrowym przychodzeniem do pracy a niezdrowym zostawaniem w domu  jest coraz większa. Do pierwszych redukcji zatrudnienia może uda się utrzymać stanowisko, ale co potem? Z czasem te osoby stają się tak bardzo wyalienowane, że brakuje im konstruktywnych argumentów do wywalczenia sobie chociażby podwyżki czy innych benefitów, na których im zależy. A zdarza się również tak, że praca zdalna tak wciągnie introwertyka i jest mu tak dobrze, że nawet jeśliby zebrał siły i argumenty, by w końcu upomnieć się o podwyżkę, to i tak nie pamięta już, jak wygląda jego szef, bo, w tak zwanym międzyczasie, przełożony zdążył zmienić się cztery razy. 

Groszorób, czyli kilka słów o oszczędzaniu

W przypadku takiego człowieka praca zdalna może okazać się dobrym sposobem, by większa część wynagrodzenia została w kieszeni. Pracując w modnym biurowo kwadracie stolicy, czy w centralnej części miasta, w ramach kosztów wynagrodzenia, należy uwzględnić: dojazd (paliwo), parking, mandaty, a nawet odholowania auta. Wierzcie mi, że każdemu może to się przydarzyć. Wystarczy trochę nieuwagi albo brak czasu na znalezienie miejsca postoju, gdy po 1,5-godzinnej walce o dojazd do sławetnego „Mordoru” na ul. Domaniewskiej we Warszawie, parkujemy w rozpaczy, gdzie popadnie.

Muszę dodać, że w ramach porozumienia o świadczenie pracy w formie zdalnej, nierzadko prawdziwy groszorób potrafi wynegocjować nie tylko zwrot ryczałtu za koszty internetu, prądu, wody i napojów niewyskokowych, ale również papieru toaletowego, cukru, ogrzewania, wynoszenia śmieci i innych dziwnych pozycji. Dodatkowo wiadomo, że lunch przygotowany własnoręcznie w prodiżu od babci kosztuje mniej niż zestaw w McDonnald’s, przy okazji nikt nie wyciąga na kawę do sieciowej kawiarni, gdzie za małe espresso trzeba zapłacić 12 zł, no i jest mniejsza pokusa na kino, teatr, bo nierzadko trudno kolegom odmówić, a sponsorowany przez pracodawcę internetowy torrent ssie dane.

Słoik zakręca się wokół pracy na odległość

W przypadku osób dojezdnych, przyjezdnych albo popularnych ostatnio słoików, dobrym rozwiązaniem może być częściowa praca zdalna, na przykład jeden dzień w tygodniu. Po wykonaniu roboty w piątek, można szybciej popędzić na ojcowiznę. Natomiast niedzielę przeznaczy się na czynności przyjemne, czyli albo na „sklinowanie” z kumplami po sobocie, albo posiedzi się dłużej z rodzinką, bo można zebrać się w poniedziałkowe popołudnie, unikając koszmarnych korków, a jednocześnie wykonując robotę na odległość do południa.

Porozumienie o świadczeniu pracy zdalnej
 
Na koniec kilka rad praktycznych. Będąc pracownikiem, przede wszystkim zadbajmy o to, żeby praca zdalna był dla nas benefitem, a nie utrapieniem, czyli omówmy z pracodawcą istotne obszary i regulacje jeszcze przed rozpoczęciem wykonywania obowiązków na odległość, aby później nie było nieporozumień. Co prawda, wiele osób pracuje zdalnie i nie ma żadnych formalnych wniosków oraz porozumień, ale ja radzę jednak wszystko dopiąć z prawnego punktu widzenia w rozumieniu art.675 § 1 Kodeksu pracy. Oznacza to, że warto podpisać formalne porozumienie, w którym należy zwrócić uwagę na: 

  • okres, na jaki porozumienie zostaje zawarte;
  • ilość dni w tygodniu, w jakie świadczymy pracę zdalnie;
  • możliwość elastycznego podejścia do powyższego podpunktu, czyli w jednym tygodniu wykonujemy pracę zdalną na przykład jeden dzień dłużej, a w kolejnym – odwrotnie itp.; 
  • możliwość korzystania z pracy zdalnej „na żądanie”, gdy zachodzi taka potrzeba; 
  • dodatkowe extra płatności do wynagrodzenia, na przykład zwrot kosztów za prąd, wodę, internet itd.;
  • KPI, czyli wskaźniki oraz okres dostarczania rezultatów naszej pracy, na podstawie których będziemy rozliczani;
  • system ewidencjonowania/rejestrowania czasu pracy i zgłaszania nieobecności;
  • obowiązek uczestniczenia w spotkaniach organizowanych przez przełożonego.

Dobrym podsumowaniem będzie stwierdzenie, że wszystko jest dla ludzi. Dla jednych praca zdalna okaże się fantastycznym sposobem świadczenia pracy oraz ugrania dodatkowych benefitów, dla drugich może być jednym z elementów work-life-balance'u, a jeszcze ktoś inny w pidżamowej formie współpracy okaże się mistrzem generowania kodu źródłowego. Dlatego bardzo trudno jednoznacznie i kategorycznie oświadczyć, że rzeczywiście dla danej osoby taki rodzaj wykonywania obowiązków nie jest odpowiedni. Można jedynie podejrzewać, mieć wątpliwości, zgłaszać zastrzeżenia, więc tak naprawdę, pracujmy zdalnie. Over!